Pozostała w naszych sercach i głosach

Profesor Zofię Emilię Altkorn wspomina Jolanta Łada-Zielke (dyplom ze śpiewu 1998), obecnie dziennikarka zajmująca się tematyką kulturalną.

Wielcy ludzie są często niepozorni z wyglądu. Taka też była profesor Altkornowa: mała, pulchna i wiecznie żująca gumę. Traktowała nas wszystkich jak matka; kochająca, wyrozumiała, ale i wymagająca. Stwierdzenie, że na zawsze pozostanie w naszych sercach, brzmi może zbyt banalnie, ale tak jest w rzeczywistości. Ja dodałabym, że również w naszych głosach.

Miała swoiste metody kształcenia. Wychodziła z założenia, że śpiew to przedłużenie mowy, musi więc na niej bazować. Podstawą jest dokładne wymawianie samogłosek. Profesor Altkornowa nie uznawała rozśpiewek. Lekcję zaczynało się od pracy nad najłatwiejszym utworem, którego rozpiętość ograniczała się do średnicy. Na temat celowości tej metody toczyły się w gronie wokalistów nieustanne dyskusje, ale uczniowie profesor Altkornowej dużo na niej korzystali i korzystają do dziś. Posiedliśmy bowiem umiejętność wykonywania utworów bez rozśpiewania, jeśli istnieje taka potrzeba.

W czasie lekcji używała zabawnych powiedzonek (nie podskakuj, boś nie wróbel!), czasami wyrażała się dosadnie (patrz w lustro i kontroluj ryja!), albo stosowała zabawne porównania (rzucasz się na te górne dźwięki, jak szczerbaty na suchary). Była przeciwna naszemu angażowaniu się w wykonywanie piosenek rozrywkowych, bo popełniałyśmy przy tym błędy, które usiłowała wykorzenić. Mimo to, wielu jej uczniów odnalazło się w „lżejszym” repertuarze. Edukacja u niej dawała świetne podstawy do dalszego kształcenia się w różnych kierunkach: klasycznym, musicalowym, jazzowym, czy rozrywkowym.

Każda minuta zajęć z nią była nam droga i starałyśmy się maksymalnie wykorzystać ten czas. Jeśli miałam lekcję w danym dniu jako pierwsza, pięć minut wcześniej przychodziłam do sekretariatu i „wyciągałam” stamtąd moją nauczycielkę, ku uciesze pań sekretarek, które nazywały mnie „tyranem”. „No cóż, ja jestem za systemem niewolniczym”, mawiała wtedy żartobliwie profesor Altkornowa. Raz któraś ze starszych nauczycielek przyszła w trakcie moich zajęć na pogaduszki z panią profesor. Za nic w świecie nie pozwoliłam skrócić sobie lekcji, a profesor Altkornowa uśmiechała się tylko do nieoczekiwanego gościa z udawaną rezygnacją. Chodziła na śluby uczennic, mimo przekonania, że „śpiew jest zazdrosny o wszystko, o chłopa też”. Podczas jednej z naszych rozmów nadmieniła, że wiele jej uczennic powychodziło za mąż za granicą. Sprawdziło się to również w moim przypadku. Miałyśmy w niej wspaniałego przyjaciela i powiernika. Kiedy byłam już na roku dyplomowym, niespodziewanie zmarła moja ukochana babcia. Pani profesor okazała mi dużo wsparcia, bez którego nie dotrwałabym do końcowych egzaminów.

À propos egzamimów ze śpiewu... wypadały różnie, ale jeśli któryś nie wyszedł zbyt dobrze, miałyśmy poczucie, że wyrządziłyśmy naszej nauczycielce osobistą przykrość. Co do mnie, to zdecydowanie lepiej wypadałam podczas występów dla publiczności, świadomość bycia ocenianą sprawiała, że nie pokazywałam wszystkiego, co potrafię. Może dlatego wykonuję dziś inny zawód, choć śpiewania nie porzuciłam, bo bez niego nie umiałabym żyć. Zdobyte za sprawą profesor Altkornowej wykształcenie wokalne pomaga mi także w pracy dziennikarskiej, kiedy np. podczas Festiwalu Oper Ryszarda Wagnera w Bayreuth przeprowadzam wywiady z solistami. Wielu z nich orientuje się w trakcie rozmowy, że też śpiewam i traktują mnie jak koleżankę. W takich chwilach myślę o mojej Pani Profesor i o tym, jak wiele jej zawdzięczam.

Polecamy