Wyjazd do Cincinnati 11-18 marzec 2013

 

Wyjazd do USA

czyli

Żeleński przekracza żelazną kurtynę.


            Gdyby we wrześniu ktoś powiedział mi, że jeszcze w tym roku szkolnym polecę koncertować do Stanów Zjednoczonych, uśmiechnąłbym się tylko z rozbawieniem. Pod koniec roku kalendarzowego ogłoszono wiadomość, którą później niezliczona ilość osób żyła przez następne pięć miesięcy – nawiązano porozumienie z amerykańską szkołą muzyczną. Jedziemy do USA ! Dla wszystkich ta informacja była szokiem. Jak dotąd to największe przedsięwzięcie w historii szkoły ! Jednakże skoro wyjazd miał być jednym z najlepszych, to i wszystko inne musiało być na najwyższym poziomie. Od tamtego momentu się zaczęło. Ze względu na niezwykle wymagający repertuar, cały nasz skład wybrany do tego projektu musiał się dwoić i troić, by sprostać zadaniu. Na miesiąc przed podróżą próby do wyjazdu były na pierwszym miejscu. Pod koniec spotykaliśmy się codziennie. Nie było innego wyjścia, ponieważ czekał nas jeszcze egzamin ostateczny – koncert w obecności samego dyrektora. Godzina W zbliżała się nieuchronnie i w końcu nadeszła.

            Jest piątek 8 marca, godzina 19:00. Na początku panuje ogólne rozluźnienie. W końcu pora zaczynać. Profesor Wojtas zajął miejsce w ostatnim rzędzie, a obok usiadł niespodziewany gość, profesor Stryszowski – kierownik sekcji smyczkowej. Kiedy wszyscy muzycy rozsiedli się wygodnie, atmosfera zmieniła się w momencie. Czas zaczynać. Na pokrzepienie dyrektor hojnie obdarował nas jednym klaśnięciem. Na szczęście test zdaliśmy śpiewająco. Wszystko gotowe, pora ruszać!

Poniedziałek 11 marca

            Lotnisko im. Jana Pawła II, Balice - godzina 8:30.

            Cel – Chicago !

            Pomimo przestróg Pani Klementyny co do punktualności, na lotnisku nie było jeszcze sporej ilości osób. Stało się tak za sprawą opóźnień komunikacji miejskiej, jednakże pięciominutowe opóźnienie w żadnym razie nie zdołało pokrzyżować nam planów. Pierwszym przystankiem była Warszawa. Stamtąd bowiem odlatywał samolot, który miał nas bezpiecznie przetransportować do Chicago. Lot trwał nieco ponad 30 minut. Właściwa podróż miała się dopiero zacząć. Jeszcze kilka drobnych zakupów w strefie wolnocłowej i pozostało nam już tylko czekać na godzinę odprawy. Niewątpliwie czas umiliły nam ciastka upieczone przez mamę jednego z uczniów. Najedzeni i gotowi do odespania niecodziennego poranka wkroczyliśmy na pokład samolotu.

            Ze względu na silne wiatry nad Atlantykiem, pilot musiał nadłożyć trasę, urozmaicając nam tym samym krajobraz. Zamiast ogromnej przestrzeni wody mogliśmy z lotu ptaka zobaczyć Islandię, a nawet kawałek Grenlandii ! Podróż na inny kontynent zajęła nam około 10,5 godziny. Krytyczny moment dla pasażerów nastąpił w czwartej godzinie lotu, kiedy to nie dowierzaliśmy, że jesteśmy jeszcze w pierwszej połowie trasy. Na szczęście wszystko przebiegło bez zakłóceń i o godzinie 16:15 czasu lokalnego wylądowaliśmy na lotnisku w Chicago. Na miejscu czekał żółty school bus (taki sam, jak na wielu amerykańskich filmach), który zawiózł nas do polskiej restauracji, gdzie mogliśmy zjeść tyle, ile dusza zapragnie. Ostatnim przystankiem był hotel „Public” - 20 piętrowy odznaczony 4 gwiazdkami wieżowiec, w którym mieliśmy spędzić najbliższą noc. Po tak wyczerpującym dniu starczyło nam sił tylko na krótki spacer. Zaraz potem wszyscy zgodnie udali się na spoczynek.

Wtorek 12 marca

            Hotel Public, Chicago.

            Podróżom ciąg dalszy.

           

            Wraz z nowym dniem, wiele osób zaczęło odczuwać tzw. „jet lag” - czyli zespół nagłej zmiany czasowej. Objawiał się on różnie. Niektórzy byli otępiali, inni znowu mówili, że budzili się w środku nocy o tej godzinie, o której zwykli wstawać w Polsce. Pani Klementyna miała na to jednak niezawodny sposób – typowe, obfite, amerykańskie śniadanie ! Po krótkiej naradzie w głównym hallu, powędrowaliśmy do rekomendowanej przez recepcjonistę restauracji. Swojsko elegancki wystrój, wraz z wyrazistym, popielato-czerwonym kolorem ścian i jasnym wnętrzem przyjemnie nastrajał. Z głośników sączyła się leniwie muzyka, która zachęcała do porzucenia rozbieganych myśli i zajęcia miejsc przy stolikach, by spokojnie zjeść i nabrać sił na nadchodzący dzień. W wazonach zamiast kwiatów idealnie wpasowały się kłosy zboża, które w połączeniu z biało-czerwonym kraciastym obrusem nadawały lokalowi klimatyczną, wiejską atmosferę. Gdzieniegdzie porozwieszane były obrazy z przepysznymi potrawami, będącymi równocześnie obietnicą sytego posiłku. W karcie menu wypisane były dania dla każdego : na słodko, słono, czy ostro. Miła i wiecznie uśmiechnięta obsługa zebrała od wszystkich zamówienia. Ceny nie należały do najniższych, ale nie przeliczyliśmy się. Porcje były ogromne ! Wiadomo, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem i musi być syte, ale dla nas to było za wiele. Wielki pancake średnicy około 40 cm oblany szczodrze syropem klonowym, czy talerz jajecznicy z opiekanymi ziemniakami, bekonem i zestawem owoców były ponad nasze siły. Po zjedzeniu powoli potoczyliśmy się w stronę hotelu, by znów udać się w dalszą część wyprawy. School bus zawiózł nas na przystanek autokaru, należącego do prywatnej firmy transportowej. Chociaż zakupione jeszcze w Polsce bilety zapewniły nam miejsca siedzące, znalezienie i zajęcie ich zajęło trochę czasu. W „Megabusie” przy każdym rzędzie znajdował się kontakt do użytku własnego oraz na terenie całego pojazdu był bezprzewodowy dostęp do Internetu, co odkryliśmy z niemałym zdziwieniem. Podróż trwała niemalże cały dzień. Wczesnym wieczorem dotarliśmy do przystanku końcowego – Cincinnati. Na miejscu czekała już na nas cała delegacja, z dyrektorem School of Creative and Performing Arts (w skrócie SCPA) na czele. Oficjalne przyjęcie odbyło się w podziemiach luterańskiego kościoła, gdzie wszyscy zaangażowani rodzice przygotowali dla nas obiadokolację. Trzeba przyznać, że stanęli na wysokości zadania. Ilości jedzenia ponownie okazały się nie do przejedzenia. Po zapoznaniu się z naszymi nowymi rodzinami, uroczystym przywitaniu i omówieniu planu pobytu rozjechaliśmy się do domów, ciekawi, co przyniesie następny dzień.

Środa 13 marca

            SCPA, Cincinnati.

            Witamy w Mieście Siedmiu Wzgórz.

 

            Gdyby podsumować cały wyjazd, można by powiedzieć, że ten dzień dostarczył nam najwięcej atrakcji. Widzieliśmy widoki rodem z „Jurassic Park”, braliśmy również udział w pościgach, których nie powstydziłby się nawet reżyser Fast & Furious,a mimo to dzień zaczął się dosyć niewinnie.

            Po przybyciu do szkoły wczesnym rankiem, w sali koncertowej czekał już na nas Dr Isidore Rudnick z garścią informacji. Kiedy część oficjalna dobiegła końca, dyrektor zaproponował rozbudzający początek z kawą w Coffee Emporium – najsłynniejszej kawiarni w Cincinnati.

Wnętrze pomieszczenia utrzymane było w konwencji - prosto, acz przytulnie, a promienie słońca wpadające przez szerokie okna dodawały wszystkiemu magiczną aurę. Ze względu na zbyt dużą liczbę osób, dalszą część dnia mieliśmy spędzić w dwóch grupach, które w rezultacie miały zwiedzić te same miejsca, choć w różnej kolejności.

Krohn Conservatory – dżungla w środku miasta.

Nie na darmo Cincinnati nazywają również Miastem Siedmiu Wzgórz. Krohn Conservatory znajdowało się na jednym z nich. Z jego szczytu mieliśmy przepiękny widok na rzekę Ohio, która nie tylko dzieliła miasto na dwie części, ale była również granicą pomiędzy stanami Ohio i Kentucky. Po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy dużych rozmiarów szklarnie. W środku znajdowały się niezliczone gatunki fauny. Czas, który tam spędziliśmy, stworzył nam okazję do zrelaksowania się i poznania niespotykanych w Polsce okazów roślin.

Cincinnati Art Museum – kolejne wzgórze, kolejna odsłona miasta.

Na następnym wzniesieniu mieściło się muzeum sztuki. Jak wszystko w Ameryce, budynek był ogromny. Zbiory, które tam umieszczono, mogłyby zapełnić co najmniej dwa muzealne gmachy. Znajdowały się tam niezliczone ilości obrazów z różnych epok i miejsc, rzeźby, autentyczne przedmioty użytkowe i wiele innych. Dzięki opiece miejscowego przewodnika poznaliśmy nie tylko historię danych eksponatów, ale również dzieje samego miasta. Po ciekawym, acz wyczerpującym zwiedzaniu nadszedł czas na lunch w tamtejszej restauracji.

Segway Tour – Gotowi. Do startu. Start!

Zdążyliśmy zobaczyć już dwa niezwykłe miejsca, a atrakcjom jeszcze nie koniec. Po uczcie dla ducha nadszedł czas na solidną dawkę rozrywki. Rodziny u których mieszkaliśmy ponownie dowiozły nas do kolejnego punktu wycieczki. Ta i wiele innych czynności pokazało ich wielkie zaangażowanie i poświęcenie sprawie, za co byliśmy ogromnie wdzięczni.                    
Tym razem miała to być alternatywna forma zwiedzania miasta – przejażdżka na segway'ach, czyli na dwukołowych pojazdach przypominających rydwany. Po krótkim szkoleniu i jeździe próbnej byliśmy gotowi do wyruszenia. Ten środek transportu umożliwił nam zobaczenie miejsc, które normalnie musielibyśmy zwiedzać w ciągu dwóch dni. Przez szeregi wieżowców, przewodnicy powiedli nas w stronę miejskiego parku znajdującego się przy brzegu rzeki, gdzie mogliśmy rozwinąć zawrotną prędkość 25 km/h i urządzić sobie małe wyścigi. Wyjechaliśmy również na most łączący dwa stany, dzięki czemu teraz możemy się pochwalić, że w tak krótkim czasie odwiedziliśmy aż trzy stany : Illinois, Ohio i Kentucky. Nawet burza śnieżna, która rozpętała się podczas tej wyprawy, nie zdołała ostudzić naszych zapałów. Skostniali z zimna, ale również podekscytowani wróciliśmy do miejsca startu. Wszystko było w porządku, tylko przez następne pół godziny od zejścia z pojazdu trzeba było sobie przypomnieć jak się normalnie chodzi.

            Na dobre zakończenie świetnego dnia muzycy z tamtejszej szkoły zorganizowali serię koncertów. W międzyczasie amerykańskie rodziny zaplanowały dla nas różne zajmujące zajęcia. Na spektakl zaplanowane były różne utwory, między innymi: „Koncert skrzypcowy D-dur op. 35” Czajkowskiego, czy grana również u nas „Suita z czasów Holberga” Griega. Choć spędziliśmy naprawdę znakomity czas, to niektórym osobom coraz bardziej zaczął doskwierać brak instrumentu, ponieważ instrumenty większe niż altówka musiały zostać w Polsce, by uniknąć dodatkowych kosztów za transport. Szczęśliwie ten problem miał być niedługo rozwiązany.

Czwartek 14 marca

            SCPA, Greenwich Club. Cincinnati.

            Żeleński Combo podbija świat!

 

            Ten dzień bezsprzecznie można uznać za udany dla naszych jazzmanów. Podwójnie zabłysnęli na amerykańskich scenach. Ciesząc się z ich sukcesów, nie daliśmy się jednak ponieść lenistwu i również nie próżnowaliśmy.

            Po spotkaniu z dyrektorem rozpoczęły się warsztaty jazzowe ze słynnym saksofonistą Branfordem Marsalisem. W zajęciach uczestniczyli nie tylko Amerykanie, ale również kwartet saksofonowy z „Żeleński Combo”. Branford udzielił wiele przydatnych wskazówek uczestnikom. Nie szczędził również pochwał dla naszej delegacji. Prelekcje trwały blisko dwie godziny. Po ochłonięciu i spożyciu drugiego śniadania orkiestra udała się do sali prób, by odbyć dodatkową próbę, która bardzo dobrze nam zrobiła. Po pierwsze był toświetny pomysł, by rozegrać się przed piątkowym koncertem, a z drugiej strony niektórzy dostali wreszcie instrumenty, na których mogli grać. Podczas gry towarzyszyli nam miejscowi uczniowie. Kiedy zaczęliśmy grać, ich reakcja była niepowtarzalna. Jedni zaczęli tańczyć przy Orawie inni przy Serenadzie, a jedna dziewczynka omal nie spadła z krzesła kiedy nadeszła kolej na II część koncertu Góreckiego. Rozbawieni i z nową energią udaliśmy się do swoich rodzin, by wieczorem móc wybrać jedno z dwóch wydarzeń : koncert chóru szkolnego, albo występ Combo w klubie Greenwich. Z opowieści słyszałem, że po przedstawieniu chóru polscy widzowie byli mile zaskoczeni i bardzo poruszeni. Skład jazzowy również dał świetny koncert. Dodatkowo amerykański klub jazzowy dodawał specyficzną dla tego gatunku muzyki atmosferę, w której nasi muzycy czuli się jak ryba w wodzie. Późnym wieczorem, po powrocie do domów, pozostało już tylko przygotować garnitury i czekać na wielki dzień, który zbliżał się dużymi krokami.

Piątek 15 marca

            Sala koncertowa SCPA: Corbett Theater. Cincinnati.

            Panie i Panowie! Przedstawienie czas zacząć!

 

            To ostatni dzień pobytu orkiestry w Cincinnati, dlatego dyrektor przygotował dla nas coś specjalnego – wizytę w jednym z najlepszych konserwatoriów w Stanach: College-Conservatory of Music. Można powiedzieć, że jest to miasto w mieście. Uczelnia wraz z kampusem zajmuje ogromną przestrzeń. Samo zwiedzanie zajęło ponad półtorej godziny! Na terenie konserwatorium odbywają się nie tylko zajęcia związane z muzyką, lecz również próby teatralne, taneczne, jednym słowem – sztuka. Zdążyliśmy zobaczyć „zaledwie” pięć niezwykłych i ogromnych sal koncertowych, a i tak to nie było wszystko. Warunki były wprost idealne. Jako stołówka funkcjonuje tam Burger King, Taco Bell i Pizzeria, zaś idealnym miejscem wypoczynku lub rozmowy przy kawie może być Starbucks.

            Po miłym przedpołudniu nadszedł czas przygotowań, prób i oczekiwania na wielki wieczór. Od tego koncertu miało zależeć wszystko, toteż nic dziwnego, że dodawało nam to jeszcze więcej dreszczyku emocji. Przedstawienie miało być podzielone na trzy części : występ Cracow Youth Chamber Orchestra, Żeleński Combo oraz amerykańskiego składu szkolnego Ensemble Eclectique. Myślę, że to wydarzenie zostanie w naszej pamięci do końca życia, bowiem wywołało tyle pozytywnych opinii i emocji, że nie sposób tego zapomnieć. Sama polska orkiestra otrzymała czterokrotne owacje na stojąco. Nasz występ wręcz zatrząsł ogromną salą „Corbett Theater”. Niektórzy z widowni nie kryli łez wzruszenia. Wychodząc w przerwie na korytarz, zostaliśmy wręcz zasypani podziękowaniami i uśmiechami. Emocje udzieliły się szczególnie wykonawcom. Byliśmy głęboko poruszeni. Nawet dziś na samo wspomnienie uśmiech sam pojawia się na twarzy. Po przerwie nastąpiła dalsza część programu. Żeleński Combo również otrzymali gromkie brawa. Nie inaczej było z Ensemble Eclectique. Po koncercie odbył się oficjalny bankiet. Kiedy wszystko miało się ku końcowi, piękni, młodzi i gotowi na podbój świata udaliśmy się na podbój, ale świata snów, gdyż następny dzień nie miał należeć do najlżejszych.

Sobota 16 marca

            Cincinnati – Chicago.

            Wszystkie drogi prowadzą do Chicago.

            Ranek. „Megabus” już czeka. Jeszcze tylko szybkie pożegnania z naszymi amerykańskimi rodzinami i pora wsiadać. Tak jak poprzednio, tym razem podróż również zabrała nam prawie cały dzień. Jednak wreszcie jesteśmy. Chicago. Na przystanku docelowym stał już nasz żółty „school bus”. Czekała nas jeszcze długa przeprawa przez miasto. Dodatkowym problemem był fakt, że na następny dzień zaplanowane były dwa koncerty, a część osób pozostała bez instrumentów. Szczęśliwym trafem udało nam się je wypożyczyć, nadkładając nieco trasy.

            Z racji zbliżającego się narodowego święta irlandzkiego – Dnia Świętego Patryka – na ulicach można było zobaczyć tłumy z zielonymi atrybutami. Zielone koszulki, okulary w koniczyny, serpentyny i wiele innych. Tego dnia nawet rzeka przybrała kolor zieleni !

            Przedzierając się przez miasto nie chcieliśmy, by było to nudne i monotonne. Zatrzymaliśmy się w paru miejscach. Jednym z nich był brzeg wielkiego jeziora Michigan – jest ogromne ! Nie było widać lądu po drugiej stronie! Z początku myślałem, że stoimy przy linii brzegowej morza, ale przewodnik uświadomił mnie, że jest to jezioro. Kiedy zobaczyłem brak fal na powierzchni wody oraz fakt, że Chicago nie ma dostępu do morza, ani oceanu, musiałem mu przyznać rację. Dowiedzieliśmy się również, że gdyby złączyć trzy największe z Wielkich Jezior Północnoamerykańskich, to jest : Michigan, Górne i Huron, to powierzchniowo byłyby większe od Morza Bałtyckiego!

            Późnym popołudniem zawędrowaliśmy do polskiej restauracji, by zjeść porządny obiad. Po posiłku udaliśmy się prosto do hotelu „Quality Inn O’Hare”. Dwa koncerty w jednym dniu to nie przelewki, toteż najrozsądniej było nabrać sił na następny dzień.

Niedziela 17 marca

            Chicago.

            Dzisiejsze koncerty sponsoruje św. Patryk !

 

            Tej niedzieli wszędzie dało się wyczuć optymizm. W końcu był to dzień św. Patryka. Od samego ranka byliśmy naładowani pozytywną energią i aż kipieliśmy chęcią do gry. Po śniadaniu i zapakowaniu instrumentów do busa, pojechaliśmy w naszą ostatnią tego roku trasę koncertową po USA. Pierwszy przystanek – Kościół św. Trójcy. Podczas mszy zadbaliśmy również o oprawę muzyczną w postaci wyłonionego kwartetu. Po mszy rozpoczęliśmy koncert. Niestety nie trwał on długo, bo wynikło nieporozumienie, gdyż ksiądz z powodu przymusu odprawienia mszy musiał przerwać nasze wystąpienie. Dowiedzieliśmy się również, że przedstawienie nie zostało zapowiedziane wcześniej, więc publiczność nie była przygotowana na widowisko. Parafianie byli równie zszokowani jak i my. Podchodzili do wykonawców i przepraszali za zachowanie księdza, obiecując, że nie zostawią tak tej sprawy. Poprawiło nam to nieco humor. Głodni i zdezorientowani ponownie wyruszyliśmy w drogę. Drugi przystanek – Kościół św. Tomasza z Villanova. Na miejscu organizatorzy mile nas zaskoczyli. Przewidzieli, że możemy być głodni i zamówili mnóstwo pizzy oraz napojów! Nie dość, że starczyło dla wszystkich, to jeszcze zostało parę kawałków. Najedzeni i pokrzepieni rozpoczęliśmy koncert z nową werwą. Na szczęście koncert przebiegł bez przeszkód. Tak jak w Cincinnati, tutaj też wydarzenie wielce poruszyło słuchaczy. Na koniec publiczność wstała z wrażenia, domagając się bisu.

            Po koncercie przyszedł czas na kolejny posiłek. Ponownie spróbowaliśmy polskiej kuchni. Z racji tego, że mieliśmy jeszcze sporo czasu, zarządzono czas na zakupy. Buszując między półkami, szukaliśmy najdziwniejszej rzeczy, jaką można było kupić. Zwycięzcą został bekon w czekoladzie! W autobusie dowiedzieliśmy się, że mamy grać jeszcze jedno przedstawienie wieczorem ok. godziny 20. Fortunnie okazało się to kolejnym dowcipem. Po przyjeździe do hotelu zorganizowaliśmy nadzwyczajną próbę w pokoju pod batutą p. Klementyny Górki. Na pulpit wzięliśmy „Polkę Pizzicato” i niech żałuje ten, kto nie miał okazji zobaczyć sławnej dyrygentki w akcji.

 

Poniedziałek 18 marca

            Chicago – Warszawa – Kraków.

            Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej…?

 

            Ostatni dzień w Stanach. Ostatni dzień na innym kontynencie. Wszystkie rzeczy spakowane, zebrane w naszym amerykańskim wehikule. Do odprawy zostało nam jeszcze kilka godzin, więc zatrzymaliśmy się na wielkie zakupy przy ogromnym centrum handlowym. Obładowani w amerykańskie ubrania oraz przysmaki wyruszyliśmy w stronę lotniska, bowiem zbliżał się czas odlotu.

            Przelot z Chicago do Warszawy przebiegł niemalże bez niespodzianek. Niemalże, ponieważ przy starcie wystąpiły turbulencje i w pewnym momencie przez parę sekund poczuliśmy gwałtowny spadek wysokości. Aż żołądki podeszły wszystkim do gardła. Problem pojawił się podczas odprawy z Warszawy do Krakowa. Pomimo tego, że przewóz instrumentów został zgłoszony dużo wcześniej, obsługa powiedziała, że może nie starczyć dla nich miejsca i że zostaną one oddane do luku bagażowego. Szczęśliwie, po naszej interwencji kłopot został zażegnany. Samolot był opóźniony ponad pół godziny ze względu na warunki pogodowe. Rozglądając się po pokładzie, zauważyłem, że niemalże wszyscy spali, a niektórzy w iście cyrkowych pozycjach.

I choć wszyscy byli potwornie wyczerpani, to z pewnością szczęśliwi. Taki wyjazd nie trafia się często. Bez wątpienia była to podróż warta świeczki, jednakże po wszystkim na pewno przyda się odpoczynek. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej..? Czasem tak, czasem nie. Jak to muzyków, ciągnie nas do przygody, podróżowania, a przede wszystkim do muzyki. Nie potrafimy się powstrzymać od nieustannej chęci poznawania nowego i wyciskania z życia ostatnich soków. Takie powroty jak te są wesołe i pokrzepiające. Po tak ekscytującej przygodzie aż miło wrócić do domu i zrelacjonować wszystko rodzinie i znajomym, by potem tym bardziej docenić to, co się zostawiło.

            Samolot wreszcie ruszył. Czekaliśmy dłużej niż trwał lot. Nareszcie długo oczekiwane lądowanie. Po odebraniu bagażów zebraliśmy się wszyscy jeszcze raz w jednym miejscu. Na zmęczonych twarzach promienne uśmiechy, a w sercach niezapomniane przeżycia. Pora ruszać do domu, ale nie na długo. Nie słyszałem innych słów pożegnań jak: „Do zobaczenia jutro na orkiestrze”, czy po prostu „Do jutra!”

Jakub Braun uczeń klasy III kontrabas  

USA1 n  USA11 n  USA9_n.jpg

Polecamy